Syreny to jedne z postaci, które lubię lepić najbardziej. Choć są bardziej pracochłonne ze względu na modelowanie klatki piersiowej, to jednak te długie godziny upływają bardzo przyjemnie. Tym razem nie zdradzę, co było moją inspiracją, ale podejrzewam, że niektórzy mogą się domyślić. Jak nie teraz, to może za jakiś czas :)
Chyba już zdążyliście się przyzwyczaić, że co laleczka, to inne oczy. Tak jest i tym razem :D Powiem Wam jednak szczerze, że te przemawiają do mnie najbardziej. Wydają mi się takie pogodne i radosne, też to widzicie ? :)
Przez tę smutno szarą pogodę strasznie trudno zrobić zdjęcia, kolory zjedzone doszczętnie :/ Kontrast trochę pomaga, ale to dalej nie "to"...
Muszę Wam też trochę pomarudzić, bo kompletnie jestem niezadowolona z tego ogona. Zaczynając od tego, że zrobiłam jakieś dziwne płetwy, które w ogóle mi tu nie pasują, a kończąc na tym, że sypnęło mi się za dużo brokatu.. Jak już wspomniałam na facebooku (klik), pamiętajcie, by nigdy nie otwierać zębami szklanych fiolek z brokatem tuż nad Waszą pracą, bo może się to skończyć niekontrolowanym jego przedawkowaniem (i zniszczeniem fiolki...). Chyba z pół godziny skalpelem ściągałam te uporczywe drobinki z twarzy, rączek i brzucha i z miejsc, w których być ich nie powinno. Ale jak to się mówi, człowiek uczy się na błędach. Staram się je wyłapywać i zapisuję je w szkicowniku w postaci krótkich wskazówek dla samej siebie, bo czasem jeszcze skleroza się odzywa :P
Dziękuję Wam Kochani, że tu jesteście, zaglądacie i wspieracie dobrym słowem. Nie zawsze mam czas, by odpisać na komentarze czy zerknąć na Wasze blogi, ale staram się pomału nadrabiać te zaległości. Teraz lecę trochę odespać, bo oczy to na zapałki trzymam ostatnio, by same się nie zamykały. Dobrej nocy Wam życzę i twórczych snów :))
